niedziela, 9 czerwca 2013

Stefan. Opowieść o nieudanym szczęściu.




Przez moją wieś przechadzają się od czasu do czasu konie z pobliskiej stadniny. Nie galopują, nie kłusują, lecz właśnie przechadzają się z gracją i dostojeństwem. Stąpają ostrożnie jak drogocenne figurki ze złotego kruszcu z klejnotem jeźdźca na grzbiecie.
Psy za płotami szaleją ze złości, że nie mogą dosięgnąć ich pęcin, które kuszą smukłością i sprawiają wrażenie bardzo atrakcyjnych zabawek.
Na tej samej drodze o wiele częściej niż urodziwe wierzchowce można spotkać jednego z mieszkańców wsi, który należy do nielicznych posiadaczy zwierząt gospodarskich.
Pewnego dnia spotkałam go, wymachującego prawie pustą butelką wina i pokrzykującego radośnie wyrazy pochodzenia głęboko staropolskiego. Zatrzymał mnie, by podzielić się wielką nowiną:
- Widzi pani przed sobą najszczęśliwszego człowieka na świecie! – oznajmił.
Zamarłam ze zdumienia. Szczęście było ostatnim wyrazem, jaki skojarzyłabym z tym człowiekiem, który życie dzielił na kolejne odsiadki w więzieniu, a miesiące błogosławionej wolności spędzał w stanie… no tak, błogosławionej nietrzeźwości. Teraz na przykład wyglądał, jakby go przed chwilą wyłowiono z kałuży.
- Co się stało? – zapytałam.
- Kobyła jest w ciąży! Będzie źrebak!
Rozczuliłam się. Nie podejrzewałam tego człowieka o taką miłość do zwierząt, a tu proszę…
Jego ukochana klacz, zwana tutaj kobyłą, będzie miała ślicznego źrebaczka, któremu właściciel będzie dawał pachnące sianko i zbuduje mu stajenkę malowaną…
- Będzie źrebak! – przerwał mi te rojenia Szczęśliwy Człowiek – Kobyłka na źrebaki albo źrebak na mięso!
Po tym wyznaniu najszczęśliwszy człowiek na świecie potoczył się dalej, głosić bliźnim tę dobrą nowinę.
Późnym latem przyszedł na świat źrebaczek o jasnorudej sierści. Nazwano go Stefanem.
Zimę przetrwał w na pół rozwalonej szopie, dokarmiany przez Szczęśliwego Człowieka za każdym razem, gdy człowiek o tym pamiętał.
W marcu, gdy stopniał śnieg i pojawiły się pierwsze cieniutkie źdźbła trawy, Stefan ze swą czarną matką został wypuszczony na pastwisko. Nie przypominał za bardzo smukłych koni ze stadniny.. Miał ciemnorudą, zmierzwioną, bardzo brudną sierść. Pasł się spokojnie nad stawem obok czarnej klaczy, której nie odstępował na krok. Miał już pół roku, ale wciąż zachowywał się jak mały źrebak.
Konie puszczone luzem w poszukiwaniu trawy wędrowały bardzo daleko, gubiły się na wiele godzin, niekiedy nawet na noc. Alarmowany przez sąsiadów właściciel sprowadzał je do szopy, a następnego dnia znowu wyprowadzał na pastwisko i pozostawiał własnemu losowi.
Mijały tygodnie, a oczy Szczęśliwego Człowieka zmieniły się w szalki wagi, na których odmierzał ciężar konia i obliczał, ile jeszcze kilogramów może brakować do upragnionej ceny. Na wiosnę Stefan był wystarczająco duży, by spełnić marzenia swego opiekuna.
Stefan był pierwszym koniem, którego pogłaskałam. Zaprowadziły mnie do niego moje szczenięta, Lis i Róża, które uparcie wymykały się na pastwisko i zafascynowane dwoma straszliwymi potworami z kopytami i grzywą, spędzały wiele czasu, ukryte w trawie i obserwowały konie z bezpiecznej odległości. Wiedziałam wprawdzie, że są to pieski niezłomnego serca i hartu ducha, lepiej jednak było być w pobliżu, gdy malutki bohater po zwabieniu do siebie ciekawskiego pyska Stefana rzucał się do ucieczki i po wylądowaniu w moich ramionach zachłystywał się wreszcie groźnym szczekaniem.
Wkrótce szczeniaki ośmieliły się podejść blisko końskich kopyt i zaczęły się gonitwy i zabawy. Co mi zatem pozostało w obliczu takiej przyjaźni?
Udałam się do sąsiada i zapytałam o cenę konia. Szczęśliwemu Człowiekowi zapaliły się chytre iskierki w oczach:
- To jeszcze mały źrebak, ale podpasie się na czerwcowej trawce… - wytłumaczył mi i wymienił sumę, którą spodziewał się dostać za konia. Zaczęłam pytać, prosić, nękać, molestować znajomych bliższych i dalszych o pieniądze. Znalazłam stajnię, która zgodziła się przyjąć Stefana za nie do końca rujnującą sumę.
Marzyłam, że kiedyś wybuduję własną stajnię, a mój koń otoczony psami będzie pląsał radośnie po bujnych łąkach pachnących ziołami. Łąki wprawdzie także nie miałam, ale to już drobiazg dla kobiety, która kupuje konia! Studiowałam jadłospisy odpowiednie dla koni, byłam bliska kupienia pola i obsiania go owsem. Skrzydeł Pegaza Stefan miał dostać już we własnym zakresie.
W maju mazowieckie łąki stały się już na tyle zielone i soczyste, by Stefan mógł wypaść się na nich na pięknego dorodnego konia. Sam poczuł, że już nie wypada ssać mleka matki.
Kiedy biegał po pastwisku otoczony rozdokazywanym stadkiem moich psów, tworzył z nimi wzruszający obrazek, który pozwalał mi wierzyć, że raj na Ziemi jest jednak możliwy. Snułam więc coraz piękniejsze plany: drugim koń, trzeci koń, krowa…
We właściwym czasie po raz kolejny udałam się z wizytą do Szczęśliwego Człowieka, by złożyć mu daninę za konia. Szczęśliwy Człowiek spojrzał na mnie zafrasowany i powiedział:
- No, to była cena za źrebaka, a teraz to jest duży koń, wart dwa razy tyle!
I w jego wyłupiastych oczkach zalśniło znowu szczęście.
A później było jeszcze banalniej. Suma wymieniona przez właściciela konia okazała się nie do zdobycia. Zaczęły się dobre rady znajomych, jak drania podejść, sprawdzanie „cen konia za kilogram”, to już był horror, podsyłanie „chętnych” na kupno konia, oczywiście za rozsądną cenę. Wkrótce znajomym znudziła się walka o konia, a Szczęśliwy Człowiek pozostał nieugięty. Radość z wykiwania głupiej baby z miasta była cenniejsza niż pieniądze za sprzedaż konia.
Od tamtego dnia do Szczęśliwego Człowieka mogłabym zbliżyć się tylko z siekierą w ręku, a ponieważ poruszam się zwykle bez siekiery, nie zbliżałam się do niego wcale.
Stefan pasł się jeszcze przez kilka tygodni spokojnie na pastwisku, które widziałam z okna mojego domu.
Pewnego dnia – tak, dzień nieszczęścia zawsze jest pewny – koń się nie pojawił. Na pastwisku pasła się samotnie czarna klacz.
Szczęśliwy Człowiek przy najbliższym spotkaniu na drodze poinformował mnie, że sprzedał Stefana na mięso.
- To był duży dobry koń – rozmarzył się na wspomnienie konia – A moja kobyła będzie miała znowu źrebaka! Żeby tylko tym razem kobyłka była, to ją zostawię na źrebaki! Będę żył jak król!

Po naszej wiejskiej drodze co jakiś czas przechadzają się z gracją konie z pobliskiej stadniny.
Na końskich grzbietach jeźdźcy jak klejnoty na drogocennych figurkach.

I tak dalej i tak dalej…

lipiec 2007














17 komentarzy:

  1. Popłakałam się :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeraża mnie ten świat... Bezimienna

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo to smutna opowieśc....

    OdpowiedzUsuń
  4. Najgorsze jest to, że historia nie jest wyjątkowa. Setki takich "nieludzi" urządza sobie swoje życie kosztem innych ludzi oraz zwierząt. Smutne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Smutna historia, pięknie opisana...

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo smutne szczęście, świat jest okrutny a my zbyt wrażliwi...:(

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny był.... buuuuuuuuuuu... monika

    OdpowiedzUsuń
  8. Na mięso, za które dostał pewnie mniej niż za źrebaka. Ale nawet, gdyby więcej - nie stanowiłoby to dla tego "człowieka" żadnej różnicy.

    OdpowiedzUsuń
  9. Może do tej pory-od 2007r-jakiś koń go poczęstował kopytem albo może się zapił na amen^^oczywiście myślę o tym ludziu co to te konie na mięso....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ani jedno ani drugie, Szczęśliwy Człowiek bawi bowiem od kilku lat w zakładzie karnym

      Usuń
  10. tak mi przykro że nie mam słów.Pozdrzwiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo smutna historia. Niestety jest takich wiele. Ci ludzie są na zupełnie innym poziomie. Ale też muszę dodać jako wegetarianka, że wielu ludzi smuci taka historia ale ci sami ludzie przecież zjadają inne kochane stworzenia.

    OdpowiedzUsuń
  12. O szlag.....
    Mam nadzieję, że posiedzi jeszcze.....

    OdpowiedzUsuń
  13. poryczałam się...
    nie jem zwierząt, co za świat coraz częściej mi tu źle zwłaszcza po takich historiach...
    pozdrawiam Cie i Twoich podopiecznych

    teatralna

    OdpowiedzUsuń
  14. i niech tam siedzi do końca zycia...


    a wiadomo co z ta czarną klaczą skoro nie ma "pana" ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klacz właściwie była własnością wuja naszego ulubionego Człowieka. Wuj w tamtym czasie siedział w więzieniu i klacz i jej synek przeszły pod "opiekę" Sz. Cz.
      Teraz jest odwrotnie i klacz jest znowu u wuja w sąsiedniej wsi, kiedyś ją widziałam zaprzężoną do wozu. Pewnie rodzi w kółko źrebaczki...

      Usuń